Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty

6 lip 2009

Synergia

Kolejne wazne slowo na S. I kolejna dawka hermetycznego blogowego sentymentalizmu z cyklu "jakie to my jestesmy stare i jak sie znamy jak lyse konie".
A w synergii chodzi pokrotce o to, ze z osobna kazdy z nas jest fajny, sympatyczny, troszke szalony i minimalnie wredny. Razem tworzymy stado. Ktore podspiewujac "Szatan-szatan", "Robbie Loe d'Amour" czy "Naszym klubem Anderlecht", nad sola i karkowka czyni wspolne plany urlopowe. Ktore przychodzi mi do lozka, gdy czytam przed zasnieciem i prawi komplementy. Ktore tworzy sniadanie mistrzow, z wodka, piwem, korniszonkiem oraz obmacywana dupa. Ktore, gdy w ogrodku Degustatorni braknie miejsca, siada na murku i trawniku, w nosie majac konwenanse. Ktore uprawia bizucrossing, miedzy spacerem, a sushi, w srodku nocy dla odmiany pije herbate, dyskutujac przy niej problemy spoleczne oraz ich podloze. A potem foci, spi 4 godziny i foci duzo dluzej, ale za to z wody. Po odjezdzie stada jestem ledwo zywa, od razu tesknie i jest tak, ze az.
Tak to wygladaly ostatnie 3 dni. Oraz zdaje sobie sprawe, ze odkrywam Ameryke w konserwach.

22 cze 2009

Stado rzadzi, stado uzaleznia. Moje stado.

Znowu Lunia mnie ubiegla. Moze dlatego, ze impreza byla u niej, a ja musialam po owej imprezie dojechac do domu. Jedyne 5 godzin i 350 kilometrow via pkp. Mowilam juz, ze kilometry to dziwki? Bylo genialnie. Chociaz decyzje o tym, ze jade podjelam tydzien temu, wracajac z Jokerem i Nell z belle do Wawy. Chociaz byl to impuls, z gatunku tych - a co mi szkodzi, mam wolny weekend, mam kase na bilet, szkoda byloby nie zobaczyc stada - znowu bylo duzo lepiej niz bym sie mogla spodziewac.
I kolejny raz sentymentalnie powspominam - przygotowywanie 10 blach pizzy w Nogowej kuchni, gdzie juz bezblednie wiem, gdzie co lezy. Nagabywanie Torcika, ze przeciez zostaniemy chetnie jego haremem i zadna dziewczyna, zona, czy kochanka nie bedzie przeszkadzac. Lezenie na trawie w wypasionym ogrodzie. Galaretke, ktora nastepnego dnia jak sie przegryzla byla duzo lepsza. Ludzi, ktorzy przyjezdzali, odjezdzali, wymieniali sie, a w miedzyczasie po prostu BYLI. I posciel w serduszka i to, ze spalam jak we wlasnym lozku i ze... no cholera, co ja poradze, moglabym z Wami zamieszkac na stale. I kominek i Pusie, ktora mimo alergii wyglaskalam. I to, ze mam juz u Nogi swoje wlasne wapno na okolicznosc wiewiorki i stada kotow. I mnostwo pysznego jedzenia, pobicie belleteynowego rekordu pozostalego piwa (tym razem 26 puszek).
Znowu nawiozlam sobie ksiazek, ktore wypelnia mi te dni, kiedy bede z daleka od stada. Kiedy wysiadlam z ciapagu w Gdyni prawie sie poplakalam. A potem w ciagu 3 minut sie rozpakowalam (tak potrafie sie juz spakowac i rozpakowac w kilka minut) i stwierdzilam, ze od paru tygodni nie bylam na plazy i nie wachalam morza. Wiec poszlam na spacer i zupelnie przypadkiem trafilam do Kontrastu na genialny koncert i zimne piwo (jedno w kilku szklankach - copyright by Joker). Lepszego konca weekendu nie moglam sobie zyczyc. A w czwartek wieczorem znowu wsiade w pociag i pojade do stada. Dobra passa trwa. (A przy okazji w ciagu trzech weekendow pod rzad przejade pociagami 3000km. To milosc). :-D

15 paź 2008

Nie do czas

Brak mi czasu, snu i pamięci operacyjnej, by pamiętać o wszystkim, o czym pamiętać powinnam. Nie brak mi zen i sprawności organizacyjnej, bo choć z niemałym trudem udaje mi się jeszcze panować nad remontowym i pracowym rozgardiaszem.
Stara kuchnia została spakowana, aż się zdziwiłam, że tak mało tego było. Przeglądając zawartość kuchennych szuflad, z niejakim zdziwieniem odkryłam w nich masę sprzętu komputerowego i biżuterii. Ani jednego ani drugiego mi specjalnie nie brakowało przez ostatnie pół roku, czyli mogłabym spokojnie toto powyrzucać. :-) Za to znalazłam moją bezprzewodową słuchawkę, z której stratą już się pogodziłam.
Nowa kuchnia nabiera kształtów.
Zaczyna do mnie docierać, że kolor ścian można wybierać miesiącami. Do tej pory miałam to z głowy, bo zawsze były białe. A teraz się waham. Pewnie nabędę sobie kilka puszek i będę obsmarowywać ściany, aż w końcu i tak przemaluje je na biało. :-)
Z innej beczki - dobija mnie siedzący tryb życia. No po prostu mnie nosi, ale obowiązki przed przyjemnością. Na weselu kuzyna nie dane mi było się wytańczyć, raczej chowałam się po kątach przed pijanymi wujkami. (Bo przecież wesele nie może się odbyć bez przynajmniej jednego pijanego wujka, który za punkt honoru stawia sobie szaleńcze obtańcowanie wszystkich pań. Tu wujków była cała chmara, prym wiódł wuj Stefan - osiemdziesiątka na karku, połamane żebra, tańczył w gorsecie i naprawdę baliśmy się, że padnie trupem na parkiecie). Za to pograłam w bilarda, a po drodze na drugi koniec Polski moj Tata dał mi poprowadzić swoją Helgę. Kilka godzin jazdy w atmosferze jak na egzaminie na prawo jazdy. :-)
Przy okazji podróży poznałam stan polskich dróg i przekonałam się, że słusznie czynię jeżdżąc pociągami. Co prawda dziur, w których można urwać koło jakby mniej, ale za to samochodów i tirów jakby więcej. Za to autostrada A1 (a raczej ten jej nędzny kilkudziesięciokilometrowy odcinek) bardzo wporzo. Pusto, dużo miejsca, czyste bezpłatne kibelki, niemal jak w Niemczech. Jeszcze ze 100 razy tyle i będzie nieźle. :-)
Wracając do dygresji o braku ruchu, dziś wieczorem olałam kwestie kuchenne i urlopowe (ciągle się przygotowuje, umiejętnie podsycając reisefieber) i pojechałam rowerem nad morze. Cud miód orzeszki. Wyjątkowo prawie nie wiało. W nadmorskiej panoramie miasta pojawiły się czerwone lampki prawie już ukończonych Sea Towers. Na bulwarze mimo późnej pory sporo spacerowiczów, ale szczęśliwie już nie turystów. W Kontraście grają szanty. Ukończono budowę falochronu w marinie i przybyło trochę lamp, które bardzo ładnie odbijają się w morzu. Muszę tam częściej jeździć, to przecież rzut beretem ode mnie. A jod jak widać bardzo wpływa na blogowy słowotok. Dobranoc. :-)